Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nabokov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nabokov. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2012

Maszeńka


 Wszyscy zachwycają się "Lolitą" Vladimira Nabokova. Ja nie. Mnie zdecydowanie bardziej podobała się pierwsza powieść Rosjanina - "Maszeńka". 

 Bohaterem książki jest Lew Glebowicz Ganin - młody Rosjanin, którego życie zmusiło do życia na emigracji. W nędznym berlińskim pensjonacie dla uchodźców przypadek sprawia, że przypomina mu się miłość sprzed lat. 

Przenosimy się z Ganinem w czasy, kiedy jako szesnastoletni chłopak, podczas wakacji,  poznał Maszeńkę - swoją pierwszą i jak do tej pory jedyną prawdziwą miłość. Odbywamy z nimi spacery po parku, romantyczne schadzki w altance.
Potem jednak nastała zima, młodzi rozstali się, jednak mimo fizycznej odległości, myślami cały czas byli przy sobie.
Po tych pamiętnych wakacjach spotkali się jeszcze kilkakrotnie. 


Życie sprawiło, że Lew zapomniał o ukochanej na kilka lat, teraz jednak, w Berlinie, uświadomił sobie, że naprawdę nigdy nie przestał jej kochać.
Postanawia jej to wyznać, a los chce mu w tym dopomóc - spotkanie z Maszeńką może nastąpić już za chwilę, za kilka dni... 


 Czytając książkę cały czas miałam wrażenie, że bije z niej tęsknota za Rosją, jaka by nie była.
Nostalgia z jaką Nabokov snuje swoją opowieść szybko udziela się czytelnikowi nie opuszcza go jeszcze długo po skończeniu książki. 

Ponadto w trakcie lektury dociera do nas, że każdy z nas ma swoją Maszeńkę.

A zakończenie...? No cóż, spodziewałabym się każdego, ale nie takiego.


wyd.: Muza S.A.
stron:144
rok wydania: 2012



wtorek, 24 lipca 2012

Lolita


Są takie książki, które przeczytać trzeba. Jedną z nich jest „Lolita” Wladimira Nabokova (Владимирa Набоковa – tak wygląda zdecydowanie lepiej ;) ) 

Podeszłam do tej powieści z nieśmiałym, ale jednak, entuzjazmem, tym bardziej, że Sylwia była nią oczarowana. Mój zapał jednak topniał z każdą kolejną stroną. Gdy doszłam mniej więcej do połowy książki zaczęłam ją po prostu męczyć, byle dobrnąć do końca. Absolutnie nie rozumiem czym Sylwia, Sasza i zapewne parę innych osób tak się zachwycało.
Ale zacznijmy od początku.

Główny bohater to dojrzały mężczyzna, którego fascynują młode, niedojrzałe dziewczęta.  Los splata jego dzieje z niejaką Charlottą  Haze, wdową, matką tytułowej Lolity. Nie będę silić się na jakiś piękny i porywczy styl pisania, od tego jest Nabokov, Bułhakow i inni. Książkę można streścić tak: facet wynajmuje pokój u nieciekawej Charlotty, nawet niespecjalnie ma ochotę tam mieszkać, wszystko jednak się zmienia, kiedy poznaje jej córkę – Lo. Dziewczynka od razu wpada mu w oko i bynajmniej nie chodzi o to, że obudził się w nim instynkt tacierzyński (?). Wszystko trochę się pokomplikowało, kiedy matka Lolity wyznaje Humbertowi, że się w nim kocha i koleś albo ma się wyprowadzić albo z nią ożenić. Robiąc bilans zysków i strat Humert decyduje się na małżeństwo – nie kocha Charlotty, ale będzie blisko Lolity, a tylko to się liczy. Pech jednak chciał, że z Charlotty wścibska baba była i odkryła zapiski swojego męża, odkrywając tym samym jego fascynację pasierbicą. Jako, że pani Humbertowa nie była zbyt rozgarnięta chwilę po odkryciu szokującej prawdy wpada pod samochód i umiera.
Humbert zostaje sam z Lolitą – zabiera ją w podróż po Stanach. I tak oto dwunastoletnia Dolores staje się kochanką swojego ojczyma. Po pewnym czasie udaje jej się zwiać kochającemu tatusiowi, który trafia do więzienie za zabójstwo faceta, który pomógł dziewczynce uciec .
To mniej więcej tyle.

Czym tu się zachwycać?
Może ja po prostu jestem za głupia na tak ambitną literaturę?


wyd.: Muza S.A.
stron: 416
rok: 2007